Post review…

post-review

Kolejne spotkanie z terapeutką. Było ciężko. Znów opowiedzieć obcej osobie o tym, co działo się w moim życiu. O mamie, tacie, rodzeństwie, o tym uporczywym poczuciu, że jestem gorsza i jakby z boku. O ukochanych dziadkach ze strony mamy i o nieukochanej babci ze strony taty, która jasno dawała mi do zrozumienia, że nie mam w sobie niczego z niej. O moich związkach uczuciowych z rodzicami, o związkach z mężczyznami, o obecnym poczuciu zagubienia i nieumiejętności dostosowania się do otaczającej mnie rzeczywistości. Czuję wciąż wielki ciężar, przygniatający mnie do ziemi. Jakbym na plecach nosiła ogromny głaz, który – miast coraz lżejszy – jest coraz cięższy… Wypompowała mnie ta rozmowa. Jak wygląda taka rozmowa..? Terapeutka tylko siedzi i patrzy… Oczekuje, że to ja będę mówić, że będę wiedziała, jaką kolejność narzucić, że będę sobą… A ja nadal nie umiem się przed nią tak do końca otworzyć. Nie powiedziałam jej wielu rzeczy – dość istotnych. Nie powiedziałam tego, czego się wstydzę, ani tego, czego się boję. Potraktowałam ją ogólnikami, a i tak bez płaczu się nie obeszło. Dlaczego nie umiem być silna..? Przecież przez wiele lat doskonale mi się to udawało. Zawsze czułam satysfakcję na myśl, że radzę sobie psychicznie ze wszystkim. Pamietam, jak S. powiedział jakiś czas temu, że ja nie jestem chora. To było w styczniu. Nie jestem chora, a moje zachowanie to fanaberia rozkapryszonej dziewczynki. Może i tak…, tylko dlaczego to mnie tak boli..? Dlaczego teraz nie radzę sobie z najprostszymi odczuciami, emocjami, reakcjami na inne osoby..? Obecnie potrafię jedynie wegetować – nie nawiązując relacji z innymi. Jak taka samotna wyspa w archipelagu wielu wysp. Niby w grupie, a jednak osobno. Niby razem, a w samotności. Coraz częściej zastanawiam się nad ostatecznymi rozwiązaniami. W zasadzie, z całej puli dostępnych, biorę pod uwagę dwa i dokładnie je w myślach dopracowuję. Szaleństwo na wyższym poziomie, czy zwykła chęć ucieczki od problemów, które – niczym kłody – rzuca mi pod nogi rzeczywistość..? Potrzebuję pomocy, czuję to, ale nadal nie umiem zaufać tym, którzy mogliby mi pomóc. Dlaczego tak jest..? Nie wiem, ale tak już jest. Propozycje ogarnięcia się, wzięcia się w garść i spróbowania walki, okazują się nie do przyjęcia. A może to ja jestem nie do przyjecia? Może czas przenieść się na przysłowiowy “ aut” i zostawić boisko tym, którzy potrafią bez problemu ogarniac się, brać się w garść i walczą do ostatniej krwi..?

Dodaj odpowiedź