Ludzie miewają dni różne. I w sposób niejednoznaczny je odczuwają. Ja dzielę dni na dwie kategorie. Są takie dni, gdy czuję się, jak owad, który rozbryzguje się na przedniej szybie auta… Wówczas mój organizm przegrywa z depresją, smutkiem, apatią… I wówczas poddaję się. Są też takie dni, gdy czuję się, jak przednia szyba samochodu. Mam siłę i to o mnie – niczym o pokaźny taran – inni mogą się rozbryzgiwać. Dzisiaj jestem szybą. Za oknem cudne słońce – pewnikiem jeden z ostatnich, słonecznych dni tej jesieni. Po początkach jesiennej chandry i mikro – depresji ani śladu. Czuję jednak jej obecność i wiem, że ukryła się gdzieś za rogiem, czyhając i tylko czekając, aż stracę czujność. Gdy nie będę patrzyła
i na moment o jej niebezpiecznej bliskości zapomnę, ona nagle wypełznie i szybkim susem skoczy, oplatając spróchniałymi mackami moją szyję. Jednakże nie ma co wywoływać wilka z lasu. Jesień jest zbyt cudna, by „przezimować” ją całą w domu. Chcę pobawić się jeszcze promieniami słonecznymi, skrywającymi się za pozostałościami listków w konarach drzew, zanim będzie za późno na takie zabawy. Chcę powzdychać, mrużąc oczy w słońcu, chcę porzucać kasztanami do celu i poszukać dobranej czapeczki dla znalezionego kilka dni temu żołędzia. Chcę potarzać się w kolorowych liściach i poczuć ich zapach, słodkawo – suchy. Tylko tyle i aż tyle potrzeba mi dzisiaj do szczęścia.