Są dni, w które jedynym moim marzeniem jest ucieczka na bezludną wyspę. Symptomatycznie trafia mnie to najczęściej w środkach komunikacji miejskiej, którymi – notabene – uwielbiam się poruszać. Otóż… stoję sobie, bo mam czasami chęć taką, że nie siadam, a stoję, choć miejsce obok nie jest zajęte. I nagle cios w żebra, taran niemalże na mnie wpada, po czym na wolnym miejscu, do którego nikt nie startował, lokuje się szalona sześćdziesiątka, sapiąca z radością i satysfakcją, bo oto udało jej się dotrzeć na wolne miejsce najszybciej… Wygrała wyścig sama ze sobą, bo nikt inny miejscem owym nie był zainteresowany. Ale słówka “przepraszam” za cios w żebro się nie doczekałam. Takie zachowania wzbudzają we nie jawne potępienie i żal nad ludzką naturą. Nieposkromione fale głupoty i bezmyślności ludzkiej, jakie coraz częściej obmywają moje stopy, powoli zaczynają doprowadzać mnie do szaleństwa i szewskiej pasji. To tak, jakby nagle obudzić się w jakimś zupełnie obcym miejscu,innej kulturze, innej rzeczywistości i patrzeć, jak obok, w niezrozumiały sposób, toczy się życie. Co się tu dzieje do jasnej cholery!? Świat tak szybko się zmienił, nawet nie wiem, kiedy. Czasem mam wrażenie, że obserwuję jeden wielki społeczny regres, że świat się cofa. Ludzie tracą gdzieś swoją mądrość, umiejętność czerpania z własnego doświadczenia, z zasobów swej inteligencji. Zachowują się jak ogłupione, zdezorientowane zwierzęta laboratoryjne, którym wstrzyknięto jakiś narkotyk, albo jeszcze lepiej – zafundowano im lobotomię… Co gorsza, sama czuję się momentami, jak znerwicowany mysikrólik, biegający wewnątrz kołowrotka i poszukujący wyjścia, albo małpka, głowiąca się nad wydostaniem banana z klatki podłączonej do prądu – doświadczenia Skinnera mi się przypomniały. Ludzie powoli godność i człowieczeństwo zamieniają na zezwierzęcenie. Zaczynają górować instynkty pierwotne. Nie tak miało być, oj, nie tak…

