Każdy człowiek uważa, że jego życie jest jedyne w swoim rodzaju. Ja pewnie nie odbiegam od tego. uważam, że moje życie jest momentami nawet bardzo, ale to bardzo zwyczajne, ale nie mogę powiedzieć z przekonaniem, że jest proste. Ba… Mogę oświadczyć ze stuprocentową pewnością, że proste nie jest. Ze wzrastającym niepokojem stwierdzić muszę, że – jak na osobę, która niebezpiecznie zbliża się czwartego krzyżyka – życie moje wypełnione jest po brzegi przedziwnymi zbiegami okoliczności, kuriozalnymi zdarzeniami, spotkaniami z ekscentrycznymi ludźmi, niezmiernie dużą – jak na jedną, niezbyt dużą personę – dawką „pecha”, który z powodzeniem robi ze mnie mistrzynie egzystencjalnego survival’u. Czasami mam wrażenie, że spotkały mnie już takie rzeczy, które rzadko przydarzają się ludziom w moim wieku, a co za tym idzie, gdzieś tam w środku siebie samej powinnam się czuć jak sześćdziesięciolatka co najmniej. Być może jest w tym ciuteńkę racji i chwilami czuję się starzej, niźli wynikałoby z metryki, ale konsekwentnie
zalewam optymistycznym botoksem „psychiczne zmarszczki” na ile tylko mogę, po czym nurzam się w rzece przypadkowych zdarzeń i tak ciągnę z dnia na dzień. Oczywiście, staram się niekiedy wyciągać wnioski z własnych błędów, z błędów innych ludzi, staram się też w każdej – nawet tej złej – sytuacji szukać dobrych stron. Już dawno nauczyłam się tego, że nie mogę w pełni kontrolować swojego życia, chociaż chwilami mam bardzo konkretny plan na nie i chciałabym żeby ułożyło się po mojej myśli. Jakiś czas temu zrozumiałam, że jedyne, nad czym ewentualnie mogę przejąć kontrolę, to nastawienie do swojego istnienia, każdego dnia, każdej sytuacji. Nie wiem, jak ludzie sobie z taką świadomością radzą – o ile świadomość tę posiadają..? W moim przypadku, budowanie wewnętrznego nastawienia to bezustanna walka z neurotyzmem, nabytym gdzieś po drodze w czasie pokonywania życiowego szlaku, to walka z brakiem cierpliwości, co do pewnych osób i zdarzeń, ale najważniejsza jest ciągła, wewnętrzna walka z moją niewyparzoną jadaczką, przez którą mam dość często kłopoty. Co prawda, dla własnej obrony zwykłam to moje niewyparzone pyszczydło nazywać asertywnością, momentami jednak nie mieści się ono niestety w ogólno przyjętej definicji tego pojęcia. Staram się. Pomimo całego tego, wszechogarniającego obłędu, staram się przede wszystkim być sobą, czuć się dobrze z tym, co robię i jaka jestem. Staram się pracować nad sobą, ulepszać siebie, zmieniać to, co wg mnie wadliwe, piłować, dopasowywać, docinać, dożynać, akceptować. Prawdą jest, że bycie swoim własnym architektem jest niebezpieczne dla zdrowia psychicznego, ale z drugiej strony na to patrząc, budowanie wewnętrznej architektury i rozprzestrzenianie interakcyjnych połączeń JA – Świat – JA, jest ogromnie fascynujące…