Sobota. Noc w połowie bezsenna – mimo sterty połkniętych medykamentów antygrypowych. Wczoraj padłam przed północą. Dzisiaj – około czwartej nad ranem – zostałam wybudzona z nader farmakologicznego snu przez wyjący alarm w samochodzie, zaparkowanym nieopodal naszego domku. Alarm wył, wył, wył, a ja – z coraz bardziej bolącą głową – słuchałam tego wycia i w myślach kroiłam natrętne auto na żyletki. Tuż po piątej nad ranem obudziła się Soniutka i postanowiła pochrupać troszeczkę swojej suchej porcji Whiskasa. W porannej ciszy chrupanie brzmiało, niczym dudnienie w tarabany. Głośno, natarczywie, wbijając się w półkule mózgowe. Wycwaniłam się i zaaplikowałam Soniaczkowi śmietankę – wszak to jej przysmak i o każdej porze jest skłonna go skosztować. Po śmietankowym obżarstwie Soniaczek padł. Niestety, wspomniane wcześniej auto nadal wyło. Co prawda, akumulator chyba zaczął w nim padać, bo co i rusz – miast wycia – wydobywało się z auta rzężenie, ale i tak było to niezmiernie upierdliwe. O szóstej minut trzydzieści – w dzień wolny od pracy, więc niby wypoczynkowy – postanowiłam zażyć: ibuprom max + dwie aspiryny C Bayera + cztery rutinoscorbiny –> popijając zestaw theraflu, po czym padłam, oko przymykając na jakieś dwie godziny. Nie powiem, chorowanie w zaciszu domowym, jakoś zupełnie mi nie wychodzi. Ale nic to. Wstałam z nowymi siłami i genialnym pomysłem: “Jedziemy do Puszczy Kampinoskiej fotografować jesień!”. Oczywiście, odpowiednio się odziałam, bo nie ma co ryzykować zapalenia płuc, oskrzeli, czy czego tam się jeszcze da. No i pojechaliśmy. Padre Romi zasuwał o kijach, Stefanek polował na ostatnie żywe okazy owadów – większość już się pochowała przed zimowymi mrozami, Soniutka pomiędzy liśćmi i w pniach połamanych drzewek poszukiwała resztek lata, a ja fotografowałam fragmenty jesiennej aury.





Dwie godzinki wdychania świeżego powietrza i włóczenia się pomiędzy drzewami i krzewami, znakomicie na mnie zadziałały. Jeszcze wieczorkiem wrzuciłam “na ruszt” garść leków i grypa ulotniła się, niczym kamfora. A przynajmniej mam taką nadzieję, że się ulotniła, bo oznak nijakich nie czuję, a i gorączka jakoś tak odeszła sobie…