Instytut Psychiatrii i Neurologii. Psychiatryczny oddział zamknięty dla niedoszłych samobójców i innych nieszczęśliwców. Pod wpływem psycholeptyków, antydepresantów, środków nasennych i stabilizatorów powinnam poczuć się lepiej. No właśnie… Powinnam. Niestety, farmakoterapia nie działa. Jest coraz gorzej, miast coraz lepiej. Przyglądam się ludziom, błądzącym, niczym mroczni rycerze, po korytarzu mojego oddziału. Nie jadam posiłków, bo nie mam na nie ochoty. Soniaczek odstawiony do zaprzyjaźnionego weterynarza, tęskniąc oczekuje na moje wyzdrowienie. Znajomi – a jest ich wielu – starają się mnie wspierać, ale ja robię wszystko, by zminimalizować to wsparcie. Nie chcę, nie potrzebuję, nie życzę sobie, nie umiem przyjąć, nie toleruję… a może po prostu nie chcę żyć, a to wsparcie, płynące od innych, niczym pajęczynowa nitka trzyma mnie jeszcze przy życiu..? Tkwię w tym archiwum osobliwości i nie wiem, co dalej począć. Niczym człowiek zawieszony w próżni. Moja próżnia dopełniła się w lutym. To, co wydawało mi się w życiu najistotniejsze, okazało się pustą banieczką mydlaną, która rozprysła się nieodwracalnie. Słowa, zapewnienia, sms-y o zaangażowaniu emocjonalnym, egzystujące jeszcze w styczniu w mojej świadomości – okazały się marnymi podróbkami. Falsyfikaty nie do przyjęcia. W połowie lutego pękłam na drobne kawałeczki i nie znalazłam motywacji do pozbierania się. S. jednego dnia był, drugiego doznał olśnienia, że życie ze mną nie ma sensu, odszedł, choć fizycznie to niby ja odeszłam. Psychicznie S. odszedł już dawno, choć się do tego nie przyznawał. Odczucia. Miewam takowe i wiem, kiedy ktoś robi coś na siłę. Na dłuższą metę to nie ma sensu. Nie ma również sensu udawanie, że jest się z kimś, choć mentalnie już dawno odeszło się od tego kogoś. Jeżeli wsparciem można nazwać samą fizyczną obecność – to i owszem – S. był obecny i „wspierał mnie” do końca 2009 roku. Najpiękniej wspierał mnie wówczas, gdy przyznawałam się podczas przesłuchania w Komendzie Policji do tego, iż jestem właścicielką wszystkich nielegalnych, a znalezionych w naszym mieszkaniu programów, nawet tych, które były zgrane na płytach CD i DVD, w większości pięknie opisanych charakterem pisma S. Tak… to dopiero było wsparcie… Gorzkie, ale prawdziwe. W styczniu S. rozpoczął ze mną zabawę psychologiczną, o wdzięcznej nazwie „Wracam do Gdańska, a Ty rób, co chcesz…”. Nie widział, że dzieje się ze mną coś niedobrego, bo przecież na fanaberie uwagi się nie zwraca… A ja – jako posłuszna kobieta, robiłam to, co chciałam, w efekcie czego wylądowałam w styczniu na oddziale psychiatrycznym zamkniętym w Szpitalu Wolskim, po czym zalecono mi dwunastotygodniową terapię na oddziale dziennym psychiatrycznym tegoż szpitala, następnie zalecono mi ośrodek terapeutyczny zlokalizowany przy ul. Dolnej – tam od połowy kwietnia miałam dwa razy w tygodniu pogadanki półtoragodzinne z psychoterapeutą (terapia indywidualna) i raz w tygodniu pogadankę godzinną z psychiatrą, dotyczącą zaniechania czynów suicydalnych. Zakwalifikowano mnie na terapię dla osób z zaburzeniami odżywiania się oraz specyficznymi zaburzeniami osobowości. Efektem tych wszystkich działań stała się pogłębiająca depresja (obecnie przechodzę epizod depresji głębokiej), coraz częstsze myśli samobójcze oraz całkowita rezygnacja z jakiejkolwiek formy odżywiania się. Tego typu „dolegliwości” nie rodzą się, niczym grzyby po deszczu, a są efektem wieloletnich problemów natury osobowościowej. I tu mam konkretne pytanie: czy gdybym miała faktycznie odczuwalne wsparcie bliskich mi osób, zwłaszcza tej najbliższej osoby, moje dolegliwości pogłębiałyby się? Moja obecna psychoterapeutka twierdzi, że nie. Zdiagnozowała u mnie – prócz zaburzeń odżywiania się –zaburzenia specyficzne dla osobowości borderline. Uważa, że od wielu lat nie było nikogo, kto w pełni by mnie zaakceptował i dlatego właśnie obecnie tam mocno cierpię. Jestem na etapie odczuwania nicości, więc nie odnoszę się emocjonalnie do tych rewelacji. Po prostu stwierdzam fakty. Najgorsze jest to, że nawet zastanawiać nad tym nie bardzo mi się chce. I nadal myślę o tym, by zrobić coś po swojemu… Dlaczego to wszystko napisałam..? Nie oczekuję litości, współczucia, czy podnoszenia na duchu. Chciałabym tylko, by osoby, których absolutnie nie znam, które mnie również nie znają – a przynajmniej znają tylko jedną stronę medalu – nie zaprzątały mojej uwagi swoimi wnioskami, skądinąd charakterystycznie błędnymi. Rozumiem, że S. ułożył sobie już uczuciowe życie na nowo, wszak od dawna się do tego przymierzał. Nie rozumiem jednak, po cóż obecna „druga połowa” S. o wdzięcznym imieniu Agata, miast pielęgnować swe nowo nabyte uczucie, kala się pisaniem do mnie. Nie potrzebuję tego, nie atakuję, nie podjudzam, nie zazdroszczę, nie zamierzam psuć obopólnego szczęścia. Mogłam przemilczeć sprawę ataku na mnie miesiąc temu – z ostrzeżeniem, że to ja niby mam dać spokój szczęśliwej parze. Nie reagowałam, bo i po co..? A dziś znów niespodzianka, z sugestią, iż niesprawiedliwie potraktowałam S. No tak… Pewnie to i prawda – przynajmniej dla kogoś, kto opiera się na opinii tylko jednej strony. Powodzenia jednak życzę na nowej drodze życia i tyle. Zawistna nie bywam, zazdrosna także nie, walcząca tym bardziej. A reszta niech zostanie milczeniem…