Dla niektórych życie to wielki dar. Pielęgnują go i są nawet w tym dobrzy. A ja..? Ja chcę umrzeć. Chcę uwolnić przede wszystkim siebie od siebie. Natrętne myśli, zachowania. Nie potrafię walczyć z moimi lękami, unikam coraz częściej ludzi, nie odbieram korespondencji klasycznej i wirtualnej, nie odbieram telefonów, nie korzystam z komunikatorów, mam fobię społeczną, z wielgachnym wagonem pełnym głupich myśli, z brakiem jakichkolwiek perspektyw na przyszłość, brakiem motywacji, brakiem ochoty do podjęcia walki… Internet, a właściwie moja strona – to jedyne miejsce, poprzez które kontaktuję się z ludźmi, choć i tutaj coraz mniej. Mimo, że od stycznia br. korzystam z fachowej pomocy psychologów, psychoterapeutów oraz psychiatrów, to jednak nie mam siły, by zmienić swój stan wewnętrzny i odzyskać chęć do walki o siebie. Jestem na tym świecie zupełnie sama – nie licząc malutkiego zwierzaczka. Bliscy odwrócili się ode mnie, nie rozumiejąc mojego zachowania. Wg nich knułam, kłamałam, nie rozmawiałam o tym, co ważne, nie potrafiłam współegzystować. Nikt tak do końca nie rozumie mechanizmów działania chorej psychiki. Nikt nie rozumie, że nawet w najgorszych momentach najważniejsze jest wsparcie. Ja tego wsparcia nie mam i – z perspektywy czasu oceniam – nigdy nie miałam. Teraz moje życie to jedna wielka ruina. Sądzę, że nie do odbudowania. Czas spędzam zamknięta w czterech ścianach, lub na rozmowach ze specjalistami. Wizyty u specjalistów wyglądają dość schematycznie: przychodzę, opowiadam, co się u mnie wydarzyło od ostatniej wizyty, potwierdzam brak zmian pozytywnych w nastroju i ciągłe parcie ku dołowi, z coraz częściej pojawiającymi się myślami kategorii "S", a ze strony specjalistów słyszę wciąż, że nienawidzę samej siebie, ponieważ do tej pory tak naprawdę nikt mi nie okazywał i nadal nie okazuje miłości, że mam zakrzywiony obraz własnego ciała, etc. Być może to i prawda, bo i kochana od dawien dawna się nie czuję i nienawiści do samej siebie mam tyle, że wypełnia ona całe moje wnętrze. I pewnie dlatego chciałabym zakończyć swoją marną wegetację na tym łez padole. Mam już dość siedzenia w domu, unikania ludzi, patrzenia tępo w sufit, braku chęci do zrobienia czegokolwiek, siebie. I nawet nie wiem, po co ja o tym wszystkim tutaj piszę? Chyba myślałam, że choć trochę mi ulży ta pisanina. A może chcę, by ktoś mi pomógł..? Mam skierowanie do szpitala i chyba czas z niego skorzystać. Dzisiaj zadzwonię i dowiem się, czy są wolne miejsca – jeśli tak, to pewnie udam się tam na dłuższy pobyt. Ponoć farmakologia czyni cuda… A ja potrzebuję cudu, by zacząć wracać na właściwe tory. Albo potrzebuję przypływu dość znacznej dawki odwagi, by raz na zawsze rozwiązać moje problemy. Never mind…